Dzieje duszy

W sierpniu: POKÓJ i  ZAWIERZENIE

Gdy zaczęłam produkować i sprzedawać koronkę z Alençon, pracowałam tak ciężko, że niemal się pochorowałam; teraz jestem dużo bardziej roztropna, dużo mniej się tym wszystkim martwię i potrafię się odnaleźć we wszystkich nieprzyjemnościach, które się przydarzają, albo mogłyby się przydarzyć. Przypominam samej sobie, że Bóg pozwala, aby tak było i nie myślę już więcej o tej sprawie. Wszyscy mamy swoje problemy, a najszczęśliwszymi niekoniecznie są ci, których dotyka najmniej problemów.

Najmądrzejszą i najprostszą rzeczą w tym wszystkim jest zdać się na wolę Bożą i z góry przygotować się do niesienia krzyża możliwie najodważniej.

Bóg daje mi tę łaskę, abym się nie bała. Odczuwam wielki wewnętrzny pokój… Bóg jest dobrym Ojcem, nigdy nie wystawia nas na próby cięższe niż możemy znieść.

Pani Martin w En familjs berättelse s. 115

List Twój napełnił moją duszę wielkim smutkiem! — Biedny nasz Ojczulek! … Nie, myśli Jezusa nie są myślami naszymi … drogi Jego nie są drogami naszymi…

Podaje nam kielich tak gorzki, że słaba nasza natura zaledwie zdoła go znieść. Nie odsuwajmy naszych warg od tego kielicha, przygotowanego przez Jezusa. Patrzmy na życie we właściwym świetle… Wszakże to chwila tylko pomiędzy dwoma wiecznościami. Cierpmy w pokoju! Przyznaję, że słowo pokój wydaje mi się nieco mocne, ale zastanawiając się niedawno nad tym, odkryłam tajemnicę cierpienia w pokoju […]

Ażeby być oblubienicą Jezusową, trzeba upodobnić się do Jezusa; Jezus jest cały skrwawiony, cierniem ukoronowany!!…

Teresa od Dzieciątka Jezus, List do Celiny, 4 kwietnia 1889

Moje serce jest pełne woli Bożej, toteż gdy wlewa się w nie coś ponadto, to nie przenika do wnętrza; to jest takie nic, które spływa łatwo i, jak kropla oliwy, nie łączy się z wodą. Wewnętrznie pozastaję zawsze w głębokim spokoju, którego nic nie może zmącić.

Żółty zeszyt, 14 lipca, 10

W czerwcu modlimy się o owoce Ducha Świętego: WIERNOŚĆ

Moje serce tak wrażliwe i miłujące, gdyby znalazło inne serce zdolne je zrozumieć, z łatwością by się mu oddało… Próbowałam zaprzyjaźnić się z dziewczyn­kami w moim wieku, szczególnie z dwiema; kochałam je, one zaś kochały mnie o tyle, o ile były do tego zdolne; ale niestety! jakże ciasne i płoche jest serce stworzeń!!! Wkrótce przekona­łam się, że moja miłość jest nie ro­zu­miana. Jedna z moich przyjaciółek była zmuszona po­wrócić na kilka miesięcy do swojej rodziny; podczas jej nieobecności myślałam o niej i starannie przechowy­wa­łam mały pierścionek, który mi ofiarowała. Ucie­szyłam się bardzo, gdy znów zobaczyłam moją towarzyszkę, lecz cóż! otrzymałam obojętne spojrze­nie… Moja miłość zo­stała zapoznana; odczułam to, ale nie żebrałam o uczucie, którego mi odmówiono; ponieważ zaś Dobry Bóg dał mi serce tak wierne, że gdy raz głęboko po­kocha, kocha już na zawsze, dlatego do dziś modlę się za moją towa­rzyszkę i nadal ją kocham…

Dzieje duszy str.84

Maj: dobroć i miłosierdzie

Pani Martin opisuje pewne zdarzenie, którego świadkiem była Paulina: „Byliśmy na długim spacerze przez łąki. Po drodze spotkaliśmy ubogiego starszego pana, który wyglądał sympatycznie. Wysłałam Teresę by dała mu trochę pieniędzy. Poruszyło go to bardzo i dziękował nam tak gorąco, że zrozumiałam iż musi znajdować się w bardzo ciężkiej sytuacji. Zaprosiłam go do nas do domu i powiedziałam że mogę mu dać parę kaloszy, a on  zgodził się pójść z nami. Poczęstowałam go  dobrym obiadem, bo był bardzo wygłodzony. Gdybyś tylko wiedziała jaką nędzę ten biedny starszy pan musiał cierpieć … Tej zimy odmroził sobie obydwie stopy. Jego jedynym miejscem do spania była opuszczona szopa. Z rzeczy niezbędnych do życia brakowało mu wszystkiego. W nadzieji, że dostanie coś do jedzenia siadał w kucki przy barakach wojskowych … Zanim odszedł, powiedziałam mu, że może przyjść znowu, kiedy zechce i że zawsze dostanie coś do zjedzenia. Mam głęboką nadzieję, że tatusiowi uda się znaleźć dla niego miejsce w domu starców; on tak bardzo chciałby tam trafić. Musimy dopilnować aby tak się rzeczywiście stało. To spotkanie bardzo mnie zasmuciło, nie mogę przestać myśleć o tym biednym panu, którego twarz rozjaśniła się z radości z powodu tych lilku monet które mu dałam. „Jutro kupię sobie za nie zupę; zamierzam pójść do stołówki. A potem kupię troszkę tytoniu i będę się mógł ogolić”. Krótko mówiąc, cieszył się jak małe dziecko. Podczas gdy jadł, podnosił kalosze, patrzył na nie i śmiał się.

Pani Martin nie poddała się aż jej mąż po wielu nieudanych próbach w końcu znalazł miejsce w domu starców dla tego starszego pana. Kiedy biedny żebrak dowiedział się o tym, rozpłakał się z radości. Troska pani Martin o innych narażała ją jednak na wiele nieprzyjemności. Gdy pewnego razu poprosiła dwie byłe nauczycielki – które bez pozwolenia kościelnego zacząły nosić habit zakonne – aby zajęły się Leonią, odkryła, że owe panie wykorzystywały i głodziły, małą, ośmioletnią dziewczynkę, Armandie V., której wychowania się podjeły. Po nakarmienieniu dziecka w ukryciu, pani Matin udało się przekonać je do opowiedzenia swojej sytuacji. Ponieważ była przekonana, że dowody były wystarczające, była zdecydowana interweniować. Jednak nauczycielki nie zmieniły swojego postępowania i o wszystkim powiadomiono matkę dziecka. Pani Martin zwróciła się również do proboszcza w Banner, a w końcu również do miejscowgo sędziego. Oskarżone z premedytacją próbowały zafałszować prawdę i ukryć swój postępek przez podburzanie opinii publicznej. Pod wpływem gróźb i otumanienia alkoholem Armandie wycofała swoje oświadczenia.

Sprawa stawała się coraz bardziej nieprzyjemna i zakończyła się oficjalnym śledztwem. Jego wynik rozstrzygał na korzyść dziewczynki, która mogła powrócić do rodziny. Gdy sprawa była już zakończona komendant policji zwrócił się do pani Martin, która była już bliska śmierci: „Oddaję to dziecko pod twoją opiekę. Ponieważ okazałaś tak wielką dobroć zajmując się dziewczynką, ja również będę to samo robić w przyszłości. Dobrze jest móc czynić dobro!”

Ze wspomnień rodzinnych s. 161–162

Tak, ja wiem, że „ten, któremu mniej odpuszczono, mniej miłuje” (Łk 7, 47), ale wiem i to, że Jezus odpuścił mi więcej niż św. Magdalenie, ponieważ odpuścił mi z góry, po­wstrzy­mując mnie od upadku. Ach! jakże pragnęłabym móc wy­powiedzieć to, co czuję!… Oto przykład, który choć trochę myśl moją wytłumaczy.

– Przypuśćmy, że syn biegłego le­karza, napotykając na swej drodze kamień, wywraca się na nim i upadając, coś sobie łamie; przybyły natychmiast ojciec podnosi go z miłością, opatruje jego rany wszystkimi zna­nymi sobie sposobami; wkrótce syn całkowicie wyleczony okazuje mu swą wdzięczność. Dziec­ko to niewątpliwie miało powody, by kochać swe­go ojca. Ale przypuśćmy jeszcze inną ewentualność. – Ojciec, wiedząc, że na drodze jego syna znajduje się kamień, wyprzedza go spiesznie i niepo­strzeżenie ten kamień usuwa. [39r] Z pewnością syn ów, otoczony tak przewidującą miłością, nie wiedząc o nie­szczę­ś­ciu, z którego go ojciec wybawił, nie okaże mu swej wdzięcz­ności i będzie go mniej kochał, niż gdyby został przez niego uleczony… jeśli się jednak dowie, jakiego nie­bezpie­czeństwa uniknął, czyż nie będzie go kochał tym wię­cej?

Otóż ja jestem owym dzieckiem, przedmiotem uprze­dzającej miłości Ojca, który zesłał swoje Słowo nie po to, by odkupił sprawiedliwych, ale grzeszników (Por. Mt 9, 13.). On chce, abym Go ko­chała za to, że odpuścił mi nie tylko wiele, ale wszystko. Nie czekał, aż Go ukocham bar­dziej niż św. Magdalena, lecz chciał, bym zrozumiała, że ukochał mnie miłością prze­dziwnie uprzedzającą, i w zamian kochała Go teraz do sza­leństwa!… Nieraz słyszałam, jak mówiono, że nie spotyka się duszy czys­tej, która by kochała bardziej niż dusza po­ku­tująca. Jakże chciałabym zadać kłam tym słowom! …

Dzieje duszy str 128-129

Kwiecień: Życzliwość

Jest w zgromadzeniu siostra, która ma talent drażnie­nia mnie na każdym kroku; jej zachowanie, jej słowa, jej uspo­sobienie wydają mi się bardzo nieprzyjemne. Tym­czasem jest to święta zakonnica, która musi być bardzo miła dobre­mu Bogu. Nie chcąc ulec naturalnej antypatii, jaką odczu­wa­łam, powiedziałam sobie, że miłość bliź­niego nie powinna opierać się na uczuciach, ale wyrażać się w czynach; postanowiłam więc postępować wobec tej siostry tak, jak postępowałabym względem najdroższej mi osoby. Za każ­dym razem, ilekroć ją spot­kałam, wstawiałam się za nią do dobrego Boga, ofiarując Mu jej cnoty i zasługi. Czułam doskonale, że jest to nader miłe Jezusowi, bo czyż jest artysta, który by nie był zadowolony, gdy chwalą jego dzieła? Toteż Jezus, Artysta dusz, jest również szczęśliwy, kiedy nie za­trzymując się na tym, co zewnętrzne, przenikamy aż do we­wnętrznego sanktuarium, które wybrał sobie na mieszkanie, podziwia­jąc jego piękno. Nie poprzestawałam na tym, by modlić się wiele za tę siostrę, która była mi powodem tylu walk, starałam się również oddawać jej wszelkie moż­liwe przy­sługi, a gdy miałam pokusę odpowiedzieć jej szorstko, starałam się uśmiechnąć najmilej i zmienić te­mat rozmo­wy. Naśladowanie bowiem mówi: Raczej każdego pozo­stawić przy swoim zdaniu, niż wdawać się w kłótliwe sprzeczki.

Często też, jeśli nie było to na rekreacji (mówię o go­dzinach pracy), a miałam coś do załatwienia z tą siostrą, kiedy moje zmagania były zbyt gwałtowne, uciekałam jak dezerter. Ponieważ ona zupełnie nie domyślała się moich uczuć względem niej, dlatego też nie podejrzewała pobudek mego postępowania i trwała w przekonaniu, że jej charakter bardzo mi się podoba. Pewnego dnia pod­czas rekreacji po­wiedziała mi z miną bardzo zado­wo­loną te mniej więcej słowa: „Powiedz mi, s. T. od Dz. Jezus, co cię tak we mnie pociąga, bo za każdym razem kiedy na mnie spojrzysz, wi­dzę, że się uśmiechasz?” Co mnie pociągało, to Jezus ukryty w głębi jej duszy… Je­zus, który czyni słodkimi rzeczy naj­bardziej gorzkie[1]… Odpowiedziałam jej, że się uśmiecham, ponieważ cieszę się, widząc ją (nie dodałam naturalnie, że to z punktu widzenia duchowego).

Dzieje duszy s.273

Mieszkańcy miasta byli zmuszeni do przyjęcia żołnierzy na kwaterę do swoich domów.
Kiedy poczta znów zaczęła działać Zélie Martin zastanawiając się nad zaistniałą sytuacją przesłała do Lisieux szczegółowe sprawozdanie z tego trudnego czasu.

„W poniedziałek o godzinie trzeciej na każdych drzwiach widniała liczba żołnierzy, którzy mają być tu zakwaterowani. Do nas przyszedł wysoki sierżant domagając się obejrzenia naszego domu. Pokazałam mu pierwsze piętro i powiedziałam, że mamy czwórkę dzieci. Na szczęście dla nas nie próbował on pójść na górę, by obejrzeć drugie piętro. W końcu przydzielił nam dziewięciu żołnierzy i nie możemy narzekać. W sąsiedztwie drobni sklepikarze, którzy mieli tylko parter i piętro, zmuszeni byli przyjąć piętnastu, dwudziestu, czasem dwudziestu pięciu.” … „Nie mam z nimi żadnych, kłopotów. Jeśli domagją się zbyt wiele, mówie im, że to, czego żądają jest niemożliwe do spełnienia. Dziś rano przyszli z mięsem w ilości wystarczcającej do nakarmienia trzydziestu ludzi i teraz jesteśmy w trakcie przyrządzania go …”

„Polecono nam odstąpić im całe pierwsze piętro. My sami przenieśliśmy się na parter. Jeśli bym chciała ci wszystko opowiedzieć, starczyłoby tego na całą książkę. Miasto odmówiło zapłacenia żądanej kwoty i z tego powodu grożono nam represjami. W końcu książę z Meclenburg zadowolił się sumą 300 000 franków i ogromną ilością towarów. Całe bydło w okolicy zostało skonfiskowane. Dlatego jest absolutnie niemożliwe by dostać gdzieś mleko. Co zrobi mała Celina, która wypija litr mleka dziennie? I jak dadzą sobie radę biedne matki i niemowlęta? Nie można nigdzie dostać mięsa, nawet u rzeźnika. Krótko mówiąc, miasto jest złupione. Wszyscy płaczą, prócz mnie.”

To, czego Zélie nie powiedziała to to, iż ona i jej mąż potrafili łączyć miłość do ojczyzny z miłością chrzescijańską. Dlatego okazali zarówno odwagę i siłę wobec niebezpieczeństwa jak i życzliwość wobec bliźnich, życzliwość, która wykluczała wszelką formę nienawiści. Pośród dziewięciu mężczyzn, którzy mieszkali w jej domu był jeden żołnierz, który zwrócił jej szczególną uwagę. Był bardziej uprzejmy i lepiej ułożony niż inni. A w jego twarzy mogła wyczytać cierpienie, iż nie jest on ze swą rodziną. Nie wahała się rozmawiać z nim, a czasami, w wielkiej tajemnicy podsuwała nim jakieś drobne przysmaki za co on okazywał jej wzrusząjącą wdzięczność.

Z rodzinnych zapisków str. 103-104